#luzaczka

#luzaczka

czwartek, 26 października 2017

Jak wydać książkę

Przymierzałam się do tego tekstu wielokrotnie, ale wydawanie to temat rzeka i tak sobie myślę, że nie ma sensu próbować zawrzeć wszystkich informacji. Jeśli ktoś z was się za to zabierze i w praniu wyjdą jakieś problemy, to wtedy dawajcie znać - może razem coś uradzimy :)

1. JAK NAPISAĆ KSIĄŻKĘ
W zasadzie sprawa prosta. Siadasz i piszesz - przez jakieś kilkaset albo więcej godzin.
Serio, nie ma lepszej rady, niż: PISZ, BUŁO!!! Tak, będzie ciężko, szczególnie na początku, w środku i na końcu. Pisarze nie mają magicznych sposobów na Boskie Natchnienie. Siadają i piszą. Jak w każdej pracy kreatywnej, tylko w tym przypadku nikt ci nie powie "słuchaj no, pisarz, potrzebujemy 20 stron maszynopisu przed szesnastą, tak więc lepiej się pośpiesz". Musisz mówić sobie to sama.

2. JAK WYDAĆ KSIĄŻKĘ
Mam dla was piękne Drzewko Decyzyjne.


Zacznijmy od pupy strony, czyli jakie w ogóle masz opcje.
1. Normalne wydawnictwo - które weźmie twór tekst, opracuje, złoży, wydrukuje, wypromuje i ci zapłaci, a jak napiszesz drugą książkę, to się ucieszy.
2. Self publishing - bierzesz wszystko na siebie i załatwiasz samodzielnie.
3. Vanity press (uwaga! Żadne vanity press nie powie o sobie, że jest vanity press! Nazywają się zwykłymi wydawnictwami!) - kusiciele, którzy mówią: twoja książka jest rewelacyjna, dej nam kupę forsy, a ją wydamy. To pułapka! Ich działalność jest legalna, ale mało nieetyczna. Jak masz tak wydać książkę, to jej nie wydawaj!

Teraz bierzemy wady i zalety dwóch pierwszych i jedynych możliwych opcji.
1. Wydawnictwo: zapewni ci profesjonalną współpracę. Popracujesz trochę z redaktorem, a potem spijasz śmietankę, bo wydawnictwo nie tylko wydaje, ale też dystrybuuje, sprzedaje, zapewnia grupę odbiorców. Ale wydawanie tradycyjną drogą ma też swoją wadę i jest to wada finansowa: dostaniesz jakieś 10% ceny okładki. Jak dobrze pójdzie, to będzie 3,5 zł od książki. Jak nie ogarniasz umów i cię wykiwają, to będzie to 2 zł. Nakład standardowy to 3k. Czyli liczymy: zarobisz 6-10,5 tysiąca MINUS podatek dochodowy, nie zapominajmy o tym dziadostwie. Czyli 5-8,6 tysiące. Przykro mi, ale to nie są kokosy. Pierwszych książek na pewno nie pisze się dla pieniędzy. Ludzie mówią: na książkach nie zarobisz. To nie jest prawda, ale już proste wyliczenia to kubeł zimnej wody: na książkach da się zarobić. Tylko jest to cholernie trudne.
2. Wydajesz samodzielnie: wszystko fajnie, do twojej kieszeni wpadnie jakieś 60-70% ceny okładkowej, ALE... raz, że musisz tę książkę zrobić (DOBRZE i profesjonalnie! potrafisz?), a dwa że musisz tę książkę sprzedać (masz komu?).

Im mniej umiesz, tym więcej musisz zlecać dla zachowania profesjonalizmu - czyli płacić. Tutaj ktoś się może zapytać: skoro mam płacić za wydanie książki, to czemu nie mogę skorzystać z oferty Vanity Press? A to dlatego, że oni dodatkowo zarabiają na tobie. Czyli biorą powiedzmy dodatkowe 2k za przygotowanie tej książki. Jak sam pozlecasz ludziom  składowe pracy nad książką, to wyniesie cię to mniej. A poza tym, jeśli nie umiesz poradzić sobie z samodzielnym wydaniem, to może sięgnij jednak do tradycyjnego wydawnictwa? Po to one są. Autorzy nie muszą umieć wydawać książek!

JAK ZNALEŹĆ WYDAWCĘ I CZEMU NIKT NIE CHCE MOJEJ KSIĄŻKI?
Rozesłałeaś książkę do wszystkich wydawnictw i nikt nie odpowiedział? Oto następujące przyczyny:
1. Twoja książka jest kiepska.
Przykro mi, ale to bardzo prawdopodobne, nawet jeśli uważasz inaczej. Ludzie piszą bardzo dużo i większość propozycji nie zostanie wydana. Bo jest kiepska. Trzeba mieć pecha, by dobry tekst się nie sprzedał (chyba że popełniasz także poniższe błędy)
2. Wysyłasz do złych wydawnictw - wydawnictwa się specjalizują, upewnij się więc, czy wysyłasz do 20 odpowiednich wydawnictw, czy do 20 przypadkowych.
3. Wysyłasz nie to, o co proszą.
Zazwyczaj proszą o całość - nikogo nie interesuje pomysł albo pierwsze 20 stron. Chcą całość.
4. Schrzaniłeaś streszczenie
Oprócz tekstu wydawnictwa zazwyczaj proszą o notkę biograficzną (kto ty jesteś, czy masz marketingowy potencjał i czy nie jesteś nudnya) oraz o streszczenie. To streszczenie to cholernie trudna sprawa i niestety trzeba poświęcić na nie bardzo dużo czasu. Nie tylko na pisanie streszczenia, ale chyba przede wszystkim na risercz internetowy, jak takie streszczenia się pisze - bo to osobna sztuka, umieć sprzedać książkę jednym zdaniem.
5. Twoja książka jest niby dobra, ale w zasadzie to podobnych jest milion, albo nie ma grupy odbiorców
Wydawnictwa patrzą na książkę jak na produkt. Jeśli twój produkt jest kierowany do zbyt wąskiej grupy osób, albo temat został wyeksploatowany, to wydawnictwa mogą się bać, że książki nie sprzedadzą.

OK, CZYLI JAK ZNALEŹĆ WYDAWCĘ?
1. Robisz listę wydawnictw (idziesz do księgarni, patrzysz kto wydaje tytuły o podobnej tematyce; przeglądasz książki w internecie i robisz dokładnie to samo)
2. Opracowujesz swoją notkę biograficzną i streszczenie/plan
3. Wchodzisz na strony internetowe wydawnictw, szukasz zakładki Kontakt albo Dla Autorów
4. Nie wysyłasz niczego, tylko zamykasz maila i wracasz do tematu za pół roku.
5. Sprawdzasz po pół roku, czy wciąż chcesz się podpisać swoim imieniem pod ta książką
6. Jeśli tak, to wysyłasz zgodnie z instrukcjami na stronach internetowych
7. Czekasz
8. Po 2-3 miesiącach, jeśli nie masz odzewu, możesz zadzwonić do wydawnictw i dopytać się, czy książka została odrzucona, czy też w ogóle jej nie otworzyli
9. Być może trzeba poczekać nawet rok...

WRACAMY DO SAMORÓBSTWA!
Self-publishing jest OK, jeśli:
1. Chcesz mieć książkę na półce i pękać z dumy (i tylko tyle)
2. Chcesz po prostu przeprowadzić taki projekt, pouczyć się na własnej skórze jak wygląda przygotowanie książki
3. Chcesz ją sprzedać, ale masz warunki do sprzedaży.

CHCĘ MIEĆ KSIĄŻKĘ DLA SIEBIE
W takim razie sprawa jest prosta! Nie opłacaj redaktora, korektora ani nic. Przygotuj książkę w wordzie w popularnym formacie (np. A5) i wyeksportuj do PDF'a. Następnie przygotuj okładkę w Wordzie i wyeksportuj do PDF'a. Następnie pójdź z pendrivem do lokalnej drukarni (każde większe miasto taką ma) i powiedz, że chcesz mieć wydruk w formie książki. Koszt takiej zabawy to 20-100 zł od egzemplarza. Wróć pod koniec dnia i ciesz się swoją własną książką!

CHCĘ BYĆ SŁAWNYA I ŻEBY MNIE CZYTALI
No to wchodzimy na wyższy poziom, bo trzeba odwalić całą robotę wydawniczą. Do tego trzeba mieć zaplecze w postaci jakiegoś wydawnictwa (znaczy się firmy, która sobie wpisała w PKD działalność wydawniczą), bo wtedy taniej ci drukują. A w ogóle to większość drukarni pozwala u siebie wydawać, co w praktyce oznacza właśnie zmniejszenie kosztów druku z pełnego VATu na VAT książkowy.

Etapy pracy nad książką (musisz ogarnąć wszystkie):
1. Upewnienie się, że twoje dzieło to na pewno nie jest goowno
2. Znalezienie beta-readerów, czyli pierwszych czytelników, którzy dadzą ci wszelkiego rodzaju wskazówki i uwagi
--> tu powinien być jeszcze jeden punkt, 2.5. Promocja (bo promocję zaczyna się bardzo wcześnie)
3. Poddanie tekstu korekcie autorskiej i redakcji autorskiej (w tym celu najlepiej odłożyć książkę na kilka miesięcy na bok)
4. Oddanie tekstu do redakcji (szukasz redaktora, sprawdzasz i ustalasz stawkę, spisujecie umowę)
5. Naniesienie poprawek po redakcji i ewentualne oddanie ponowne do redakcji.
6. Oddanie do korekty.
7. Oddanie grafikowi, który ustali layout (wygląd wewnętrzny książki) i wprowadzi tekst.
8. Oddanie do korekty technicznej, która sprawdzi tekst ostatni raz, a także upewni się, że nie ma błędów składów.
9. Znalezienie grafika, który zaprojektuje okładkę.
10. Ustalenie nakładu
11. Znalezienie drukarni, która wydrukuje porządnie, tak jak chcesz i w zakładanej przez ciebie cenie
12. Wydruk
13. Dystrybucja i sprzedaż

Dużo roboty, nie? W zasadzie nie ma tutaj punktu, który da się ominąć. Musisz to wszystko zrobić samodzielnie albo znaleźć kogoś, kto ci to zrobi. To oznacza, że samodzielne profesjonalne zrobienie książki to łącznie koszt 5-8 tysięcy.

CZY DA SIĘ TANIEJ
I jednocześnie żeby było dobrze? No... tak, można odpuścić druk i przygotować ebooka :) Są portale, które ułatwiają ten proces, korzystasz z gotowych wzorców i w ten sposób jesteś do przodu z layoutem czy grafiką. Jeśli ograniczysz się do pracy redaktora i korektora, to koszt staje się przyjemnie niski (1000-1500 zł). Niestety, promocja ebooka jest bardzo trudna. Mówiąc krótko, będzie to łatwiejsze, jeśli będziesz blogerem. Albo jeśli będziesz mieć grupę odbiorców. Jeśli nie masz odbiorców, nie wydawaj samodzielnie - szukaj wydawnictwa.

Przypominam, że na każdym etapie złapią cię podatki i inne syfy. Pamiętaj o formalnościach, o ISBNie (którego nadawanie jest proste, tylko później trzeba rozesłać książkę po bibliotekach). Pamiętaj też, że jeśli nikt nie chce wydać twojej książki, to wiesz... może trzeba napisać drugą, lepszą? :)

I to chyba tyle na razie :) Jak sobie coś przypomnę, to dopiszę do tekstu.

poniedziałek, 23 października 2017

PO CO NAM FIGURY UJEŻDŻENIOWE?

Czyli tzw. rysunek?

Kiedy miałam 7-12 lat, proste rysunki na ujeżdżalni były dla mnie po prostu sztuką samą w sobie. Jeździłam jako-tako i zrobienie ładnej wolty nie tylko było trudne, a wręcz niemożliwe. Nie posiadałam jeszcze umiejętności do wyginania i ustawiania konia. Huculskie wygi szkółkowe stanowiły wyzwanie nawet dla doświadczonego jeźdźca pod względem tak "zaawansowanych" elementów jak koła czy wężyki.

Na początku naszej jeździeckiej kariery figury na ujeżdżalni pełnią następujące role:
1. Stanowią wyzwanie w wykonaniu
2. Uczą tego, jak ważna jest precyzja w jeździectwie
3. Dają podstawy do późniejszych trudniejszych elementów
4. Uczą konsekwencji
5. Uczą zasad poruszania się po ujeżdżalni



Ten ostatni punkt o zasadach jest bardzo istotny. Figury pozwalają przewidzieć zachowanie się innych użytkowników ujeżdżalni. Nie wpadamy na siebie nawzajem, bo potrafimy przewidzieć, że ktoś, kto jedzie właśnie przekątną, nie postanowi w 1/3 zrobić skoku w bok, wykonać pół kółka i promil serpentyny, po czym eleganckim esem-floresem odjechać w dowolnym kierunku (to znaczy zawsze istnieje ryzyko, że coś takiego zrobi, ale to będzie decyzja konia). 


Zasady pozwalają na organizację solidniejszego treningu, bo mamy wyrobiony wspólny język z instruktorem i możemy skupić się na dodaniach na przekątnej, a nie ustalaniu, czym jest przekątna. Koniec końców, figury te są znane również koniom, dzięki czemu unikamy bałaganu komunikacyjnego.

Kiedy już potrafimy w miarę wykonywać rysunki, nasze proste przypominają proste, a koła bywają okrągłe, możemy zacząć się skupiać na tym, co robi się podczas figur. Podczas jeżdżenia figur dba się o ustawienie konia, wykonuje dodania i skrócenia, wpisuje chody boczne, poprawia się równowagę, rytm, rozluźnienie i ciąg dalszy piramidy. 
Wszystkie figury są potrzebne w gimnastyce skokowej, która łączy skoki z ujeżdżeniem. Kilka przykładów:

  1. Półwolty przestają być jedynie zmianą kierunku, stają się podstawą do nauki kontrgalopu, elementu potrzebnego w gimnastyce i nauce lotnych zmian nogi, a także chodów bocznych. 
  2. Wolty w kłusie przestają być katorgą ("większe to kółko!" "nie daj mu przejść do stępa!"). Na łukach różnej wielkości będziesz wyciszać nadpobudliwego konia, poprawisz ustawienie na pomoce. Dzięki jeździe po kole w niższym ustawieniu i żuciu z ręki rozciągniesz grzbiet konia.
  3. Wężyki poprawią elastyczność. Serpentynami dodatkowo wprowadzisz dyscyplinę i sprawdzisz, czy potraficie wraz z koniem żonglować łukami i prostymi.
  4. Na długich prostych - np. przekątnej - będzie można poprawić równowagę konia przy chodach dodanych i wyciągniętych. Zachowanie linii prostej da przestrzeń do ćwiczenia lotnych zmian nóg w galopie. 
  5. Na ósemce sprawdzimy równość konia, jest to również dobra figura do ćwiczenia lotnych zmian.
Przykłady można mnożyć, to tylko kilka najprostszych. Tak więc - niech wasze wolty będą mniej więcej okrągłe, a proste - bez kantów!


sobota, 14 października 2017

WCZORAJ MIAŁAM PROBLEM I SIĘ CIESZĘ :P

Miałam wczoraj z Kaflem o tyle fajny dzień, że musiałam rozwiązać problem. Wiecie, kiedy jestem u niego tak rzadko (ostatnio byłam u niego 2 tygodnie temu i jest to swego rodzaju rekord częstych odwiedzin), to nie mam za bardzo możliwości go szkolić, mogę jedynie podtrzymywać część jego umiejętności wypracowanych sześć lat temu. Nauka wymaga regularności i powtarzalności - a co to za powtarzalność, jeden trening we wrześniu, drugi w październiku, trzeci w lutym? Więc moje jazdy są czysto rekreacyjne, są to zawsze spacery, raczej krótsze (bo oboje jesteśmy buły) i za każdym razem wielce się dziwię, że koń mi nie zdziczał aż tak bardzo, jakby mógł. Efekt uboczny (i przykry) tego wszystkiego jest taki, że nie mam żadnych wyzwań, progresu, no po prostu nuda i odgrzewanie kotleta.
Mój wczorajszy problem też nie należał do szczególnie ekscytujących. Powiem wręcz, że jest to dobry przykład, jak bardzo mi się nudzi w moich relacjach z Kaflem, skoro wietrzny dzień i elektrycznego konia uznaję za urozmaicenie i coś ciekawego. Ciekawy to powinien być płynny side-pass po zygzaku albo lotne na małym okręgu albo choćby zwykły trening skokowy, a nie że koń mi chrapał i się płoszył - a potem przestał ;) Ale powiedzmy, że nawet dobrze, że mam takie problemy, bo lepiej rozumiem początkujących :P
A było to tak: przyjechałam, wzięłam dziada z padoku, mniej-więcej oczyściłam (bo dokładnie się nie dało - wygląda jakby go ktoś obsikał; może to i dobry trop), osiodłałam, okiełznałam, podprowadziłam pod schodki i wsiadłam. Gdy byłam u niego ostatni raz, na pewno część z was pamięta, poczyniłam obserwację, że Kafel ma już piętnaście lat, towarzyszy mi od trzynastu (!!!) i to dobry moment, by móc sobie na niego tak po prostu wsiąść i pojechać. No więc wsiadłam, przejechałam 200 metrów, zsiadłam, odprowadziłam, rozsiodłałam i stwierdziłam, że może jednak najpierw poćwiczymy z ziemi.
Bo widzicie: mam zawsze na sobie dobrze dopasowany kask, kamizelkę ochronną oraz odblaskową, a przed wyjazdem w teren informuję kogo trzeba, gdzie jadę i mniej więcej kiedy wrócę. Tylko że mimo tych wszystkich zabezpieczeń wciąż nie planuję sprawdzać ich skuteczności. Nie chcę się dowiadywać, czy kask chroni przed wgnieceniem mózgu w ziemię, czy dzięki kamizelce nie zostanę sparaliżowana i czy przez odblaski znajdą mnie po 12 godzinach, a nie że dwa lata później, kiedy leśnicy będą robić wyrąb drzew na bagnie. Tak więc przejechałam 200 metrów, nawet nie dojechałam do mostka (tego od Testu Mostka), bo Kafel mi zaczął caplować (!!!) i iść bokiem i stwierdziłam, że piętnaście lat to przecież wiek buntu, poszukiwania własnej tożsamości, wystawiania autorytetów na próbę i że się nie powinnam dziwić, i co ja sobie myślałam.
Myślę, że Kafel nigdy nie umrze, bo gdy przyjdzie po niego Śmierć, to on po prostu zadrze kitę - spadek po Pilarce, i powie Śmierci coś w rodzaju "spoko spoko, możesz mnie zabrać za tęczowy most, tylko najpierw mnie złap na padoku, a jak ci się uda, to spróbuj na mnie wjechać w zaświaty; masz jedną szansę. Do zobaczenia NIGDY".
Wzięłam więc dziada na lonżę i kantarek sznurkowy. Bez większych ceregieli cmoknęłam i "galop", by zobaczyć, w jakim dokładnie jest nastroju. Był w nastroju wietrznym. Szczota do góry, chrapy rozdęte i płoszenie się kępek trawy o innym odcieniu. To nowość, bo zazwyczaj jego niesubordynacje wynikają po prostu z przerwy i tego, że żaden ze mnie lider, skoro mnie nigdy nie ma. Tym razem niesubordynacje były przez fatalną pogodę (+ przez to że mnie nigdy nie ma).
Typowy przepis na takiego rozbieganego, elektrycznego, wietrznego konia brzmi: wyciszyć. Odangażować zad. Chody boczne. Skupić uwagę na człowieku i zadaniu. Odczulać. Zabrałam się więc do wszystkich ćwiczeń po kolei, żeby Kafel zaczął mnie widzieć, chwilka rozgrzewki na lonży w kółko, zwroty na przodzie, zadzie, side-pass, cofania, w szczególności także ruchy te w większej odległości, by koń faktycznie reagował na MOJE polecenia, a nie automatycznie na to, że go gdzieś dotykam. Koniec końców jednak najlepiej podziałało zadanie w ruchu, w kłusie i galopie, a to dlatego że było dla Kafla bardzo trudne i musiał naprawdę uruchomić swe szanowne zwoje mózgowe. Znaczy się: kazałam mu kłusować i galopować po naprawdę małym kółku. Takim trzy-cztero metrowym (średnica).
On to ćwiczenie dobrze zna jeszcze z czasów, kiedy z nim normalnie pracowałam. Moja chęć nauczenia go poruszania się po super-małych kółkach wynikała z potrzeby płynniejszego poruszania się w terenie. Bo ja potrafię już po fakcie zorientować się, że należało gdzieś skręcić. Można konia nauczyć półpiruetu w galopie, ale nigdy nie doszliśmy do tego poziomu (smutek), więc postanowiłam zadowolić się możliwością zakręcenia w galopie na obszarze ścieżki, czyli zrobienia pół kółka na jakieś 2-4 metry. Bardzo polubiłam ćwiczenia z małych kółek, bo one wymagają od konia bardzo mocnego obciążenia zadu (nie są to piruety, ale nie jest to też po prostu galop - wymaga to od konia ustawienia, uniesienia przodu i ruchu częściowo bocznego), a chyba najbardziej lubię to, że koń sam dobrze wie, co ma zrobić. Sam się prawidłowo ustawia pod to ćwiczenie. Z mojej strony zostaje pilnować, żeby mu za dużo nie kazać, bo on przecież jest masakrycznie niewyćwiczony: więc tego galopu to parę fuli, tego kłusa też nie za wiele, dużo przerw. Jak się koń zmęczy, to może zechcieć poszukać innego wyjścia z sytuacji, czyli np. biegać bezmyślnie z głową w środku, wypadać łopatką albo zadem, a nie o to tu chodzi! Więc ostatecznie sprowadziłam pegaza z chmur na ziemię dzięki kręceniu kołek w kłusie i galopie ;)
Bardzo dumna z ostatecznego wyniku, jakim był spokojniejszy i "osadzony w świecie" koń, zeszłam z placu, by sekundę później zostać popchniętą przez mojego prężącego się rumaka, chrapiącego tak, że mnie opluł glutami, ze szczotą pod niebo i ogólną postawą ciała, że On To Zostanie Gwiazdą Pokazu Koni Arabskich (jeśli nie będzie miał konkurencji i dopuszczą półkrew...). Rozejrzałam się, to co zburzyło nasz spokój, to było dwóch idących pracowników. Przypomniałam Kaflowi, że to już trzynaście lat, jak go uczę, że nie wolno na mnie wchodzić, Kafel powiedział coś w rodzaju "no wiem, wiem, ALE", po czym stwierdziłam, że dosyć tego naturalizowania, jeszcze chwila i stanik zdejmę (a na to za zimno!) i BASTA, wsiadam, najwyżej zlecę. Ja coś mam z tym lękiem przed zlatywaniem, faktycznie się tego boję (może najbardziej się boję konieczności pieszego wracania przez las 8 km w deszczu). No nie lubię, kurcze. Ale mam taką jeździecką odwagę społeczną, by to powiedzieć: Nie lubię spadać, boję się spadać i nie chcę spadać. Przy czym ostatni raz spadłam... w... e... jakoś w 2014-ym xD Może to jest problemem, dawno nie spadałam ;) (A tak na serio to chodzi o to, że jestem niewyćwiczoną bułą i jak zlatywałam jako lekka i ruchliwa 14-latka to nie bolało, a jak teraz jestem stara krowa i łupnę o ziemię, to mnie tydzień łamie, strzyka i boli ;))
Oczywiście nie spadłam. Bo, jak mówiłam, ja raczej nie spadam.
Chłopak przez cały teren był taki "chrapu-chrap, ooo, galopujemy? nie galopujemy? ale czemu? chrapu-chrap bo drzewo, chrapu-chrap bo ziemia, nie galopujemy? przecież widzę brzozę, brzoza to oczywisty sygnał do galopowania! chrapu-chrap bo tak, bo łosie, deszcz, teren i bo jestem Dziecko Wiatru". Przy tym wszystkim był nadzwyczaj grzeczny (jak zwykle), raz spiął dupkę w galopie, jak mu sarna wyskoczyła spod nóg, oprócz tego zignorował stado łosi, które nie mogły się zdecydować i przekłusowały przez ścieżkę przed nami w te i z powrotem chyba cztery razy. W tym sezonie pod wycinkę poszedł spory fragment najbliższego lasu oraz pogrodzono bardzo dużo młodników, więc topografia terenu się zmieniła i stwierdzam, że na bardzo dobrze: pojawiła się nowa fajna pętla do galopu, a dwie ścieżki stały się bardziej zachęcające, odkąd nie wiodą przez chaszcze, tylko przez ogrodzone uprawy. Kaflowi też się podobało, on bardzo lubi iść po nowych ścieżkach.
Może inaczej: Kafel bardzo lubi. Wszystko. W terenie. Po znanych sobie ścieżkach zmienia nogę w galopie przed zakrętem sam z siebie i za każdym razem jest z siebie wielce zadowolony. Mam poczucie, że wtedy w jego głowie rośnie poczucie "Jestem taki mądry, że to wymyśliłem, że to przewidziałem! Najmądrzejsza Buła w lesie!". Nowe ścieżki przemierza z dumą kolonizatora. Każdą przeszkodę pokonuje z uwagą i wręcz śmiesznym skupieniem. To naprawdę dobry koń.
To tyle :) Dzisiaj też fajnie, bo pojechałam w teren z koleżanką :) Boi mnie tyłek, bo głównie stępowałyśmy - plotkowanie nie lubi kłusa i galopu (szczególnie gdy konie nie chcą iść obok siebie).

środa, 11 października 2017

Jak znaleźć sponsora jazdy konnej?

Sponsoring w jeździectwie - zewnętrzne źródło pieniędzy na treningi, sprzęt, wpisowe, transport. Marzenie, co nie? O sponsora znacznie łatwiej, kiedy już jesteś świetnym zawodnikiem. Z kolei nie da się być świetnym w jeździeckim sporcie bez nakładów finansowych. I tak powstaje błędne koło.

„Szukam pomocy w znalezieniu sponsora dla koleżanki, która startuje na moim koniu, obecnie są to konkursy 90 cm, L, czy mają państwo jakieś rady?” - Rad się trochę znajdzie, czy trafnych, to już inna sprawa ;) Wpis luźny, na szybko, bez organizacji – przepraszam za to. (BTW, klasa L to 100 cm, rozumiem, że chodzi o zakres LL-L).

Sponsoring to coś za coś. Firma/spółka/osoba prywatna opłaca konkretne koszta, a w zamian za to jeździec GODNIE reprezentuje swojego sponsora. Sponsoring to nic innego, a reklama. Nie tylko chodzi o reklamę typu przyszywka na marynarce czy czapraku (jakby chodziło o reklamę wizualną, to sponsor raczej sponsorowałby zawody, a nie zawodnika), chodzi raczej o PR, dbałość o wizerunek firmy: zaangażowanej we wspieranie biednych zawodników sportowych, którzy dzięki wielkoduszności firmy/osoby mogą podbijać świat. Jest się czym pochwalić na nieformalnych spotkaniach biznesowych.

Co za tym idzie, lepiej nie jeździć jak pupa wołowa. Zanim ktoś zacznie szukać sponsora, niech się solidnie zastanowi, czy ma realne szanse na regularne stawanie na podium. Sponsor chce potencjalnego zwycięzcy, osobę elegancką i kontaktową. Spójrzmy więc realnie. Czy do poziomu, na którym startujemy, jesteśmy dobrze przygotowani? Czy koń ma możliwości na więcej?



MUSISZ MIEĆ WARTOŚĆ MARKETINGOWĄ!

Czy osoba, która startuje w niższych klasach, ma szanse na sponsora? W końcu nie jest i nie będzie w najbliższym czasie znanym zawodnikiem, który wymiata parkury po 150 cm. W pierwszym odruchu ma się ochotę powiedzieć, że nie, ale to nieprawda. Niższe klasy to zawody regionalne. Nie dość, że część kosztów mniejsza, to do tego zawody rozgrywane są lokalnie. Dla mnie byłoby to wartością, że wspieram kogoś z moich okolic. I w drugą stronę – mieszkając pod Warszawą nie sponsorowałabym zawodniczki ze Śląska (chyba że byłyby jakieś okoliczności tworzące logiczny związek między mną a tą zawodniczką).

Nie szukaj sponsora, jeśli jesteś tylko mistrzem podwórka. Musisz się pochwalić osiągnięciami na arenie minimum regionalnej. Nikt w ciemno nie wpompuje w ciebie pieniędzy.

Gdybym ja miała szukać sponsora sportowego dla niskich klas, przede wszystkim uderzyłabym do tych firm/spółek, które działają lokalnie, lub mają w moim regionie filię. Też o tyle łatwiej, że jak będą się chcieli poznać w realu przed nawiązaniem współpracy, to nie trzeba będzie zasuwać z Krakowa do Gdańska na kawkę, uścisk dłoni prezesa i pa pa.

Trzeba spisać umowę sponsorską, która szczegółowo opisuje wzajemne relacje, wymogi obu stron i koszta. Jakie koszta opłaca sponsor? Całe? Utrzymanie konia, treningi, wpisowe, przewóz, boks i pokój, a jak siodło trzeba zmienić, to nowe? To sfera marzeń, które się spełniają jak wygrana w totka, czyli niby się spełniają, ale łatwo się rozczarować. Sponsor raczej nie opłaci ci całości, a tylko część tych kosztów. Prosta sprawa: osób szukających sponsora jest masa, chętnych na wybulenie forsy niewielu, a do tego koszt sportu wysoki, więc szuka się kompromisu. Ten sponsoring to może być opłacanie wpisowego, przewozu albo sprzętu. Warto się zastanowić: ile MY możemy przeznaczyć pieniędzy na sport, a wobec tego ILE nam brakuje?

Ogólnie warto próbować szukać sponsora, bo koniec końców sponsor sporo zyskuje, a niewiele ryzykuje – w porównaniu do sytuacji, gdyby miał być właścicielem klubu, albo konia pod płatnym zawodnikiem. Bycie właścicielem konia to większy koszt, ryzyko i babranina, niż współpraca z zawodnikiem, który już dysponuje koniem i entuzjazmem (dobrze, jakby dysponował też doświadczeniem, umiejętnościami i determinacją...). Sponsoring, warto pamiętać, nie jest darowizną, idzie więc w koszta i prowadzi w pewnym stopniu do obniżenia podatku dochodowego. To taka informacja dla przypadkowych przyszłych sponsorów, którzy czytają ten tekst.

Gdybym miała wolne kilka stówek/tysięcy miesięcznie (piękny świat w którym wygrałam te miliony na loterii) i szukała zawodnika do sponsorowania, to brałabym pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia, możliwości, charakter zawodnika, czy już ma jakieś zaplecze treningowe (nie będę zawodnikowi szukać trenera!), a także... czy ładnie wyglądają wraz z koniem, wszak liczy się prezencja, zawodnik to „ruchoma reklama wizualna”. Odrobinkę liczyłby się popularny fanpage. W zamian liczyłabym na dobre wyniki, którymi mogłabym się chwalić, ustalenie barw spójnych z barwami firmy, naszywek/nadruków na czapraku. A w ogóle to w mojej umowie byłoby zapisane bardzo szczegółowo, jak ma być ten zawodnik promowany w social media i miałabym mieć wpływ na insta czy fb, tak żeby stały się dodatkowym kanałem reklamowym mojej firmy.
Ech, pomarzyłam sobie...

Dobra-dobra, jakiś konkret by się przydał, co?
  1. Pogadaj z osobami, które mają sponsorów. Raz na jakiś czas wyświetla mi się na FB, że jakaś firma chwali się, że ich zawodniczka coś osiągnęła. Skontaktuj się z tą zawodniczką/iem i spytaj się o historię sponsoringu. Przepraszam, że nie odwalę tutaj solidnej dziennikarskiej roboty. Hej, ale może warto napisać do gazet jeździeckich z prośbą o dokładne przedstawienie sprawy i poszczególnych historii zawodników? Temat brzmi bardzo fajnie!
  2. Potrzebujesz CV. W ogóle jak czegokolwiek chcesz od kogokolwiek (przyjęcia na elitarne studia, grupy artystycznej, do pracy, wydania książki, płyty, zorganizowania wystawy), to musisz mieć CV, czyli jednostronny i wypunktowany opis, kto ty jesteś, co osiągnęłaś w życiu i co w nim robiłaś. CV są różne, to nie jest tak, że napiszesz sobie jedno CV w Wordzie i to wystarczy. CV do pracy będzie skupiało się na tym, co zainteresuje pracodawcę. CV końskie musi zarysować ciebie oraz twoje doświadczenia/osiągnięcia jeździeckie. Nie musisz tego koniecznie tytułować jako CV, ale komukolwiek wyślesz pytanie o sponsoring, musi jednym rzutem oka zobaczyć, kto do niego napisał i czy nie jest dziewięcioletnią dziewczynką o dużych marzeniach.
  3. Choć, jak się zastanowić, taka dziewięcioletnia dziewczynka miałaby całkiem realne szanse. To słodkie. Medialne.
  4. List motywacyjny to tak naprawdę zwykły mail, którego wyślesz do firm. W liście motywacyjnym piszesz:
    - kim jesteś
    - w jakiej sprawie piszesz
    - CZEMU AKURAT DO NICH
    - i co by na tym zyskali.
    To oznacza, że piszesz pewien schemat, ale być może trzeba będzie modyfikować w przypadku różnych firm. Dla jednej może być ważne, że pochodzisz z tego samego miasta, dla innej, że produkty/usługi firmy są kierowane do tej grupy wiekowej, w której jesteś. Może dużo działają w social media, a tak się składa, że dobijasz do 10k i masz super fotki, z których mogli by korzystać? Warto też przedstawić charakter zawodów jeździeckich, bo mało kto wie, co to znaczy „klasa L” i czym tak dokładnie są zawody regionalne, ile ich jest i tak dalej. Mail nie może być natarczywy, wymaga szczerości, ale też zręczności. Napisz go, popraw, odstaw na tydzień, sprawdź jeszcze raz i daj kilku osobom do sprawdzenia. Postaraj się pisać na maksa treściwie i przejrzyście (czyli nie jak ta notka). 1 strona najlepiej, absolutne maksimum - dwie. Możesz dołączyć zdjęcia, szczególnie że będziesz to wszystko rozsyłać mailowo. List motywacyjny warto dać także jako załącznik, ponieważ w sekretariacie danej firmy osoba obsługująca maila może chcieć zrzucić sobie wszystko do folderu i wtedy twój list motywacyjny "zniknie" (chyba że osobie odbierającej maile będzie się chciało kopiować treść do pliku tekstowego - nie każ im jednak dokładać sobie pracy).
  5. Spójrz na potencjalnych sponsorów indywidualne. Jeśli spółka X chwali się, że obecnie są na targach, to odezwij się do nich po zakończeniu imprezy. Małej firmie możesz zasugerować mniejsze oczekiwania wobec nich, bo łatwiej namówisz ich na opłacanie wpisowego albo comiesięcznych dwóch  treningów, niż od razu wszystkiego. W zakładce „kontakt” starannie poszukaj odpowiedniej osoby. Idealnie, jeśli jest to ktoś od marketingu. Jeśli nie ma takiej osoby, to pisz na maila ogólnego. Jeśli piszesz na maila jednej osoby, to pisz konkretnie do niej. Nieprawidłowy zwrot początkowy (np. ogólny „Państwo” gdy piszesz do konkretnej osoby i na odwrót "Szanowny Panie", gdy maila może odebrać kobieta) jest przejawem braku szacunku, sugeruje też wysyłanie jednej wiadomości do wielu osób. „Szanowny Panie” do kobiety i „Szanowni Państwo” do mężczyzny może przekreślić wasze starania w dwóch słowach. Jak kogoś o coś prosisz, to wiedz, kogo o coś prosisz. (Ten wpis na blogu jest odpowiedzią na wiadomość zaczynającą się od „Witam, znają się PAŃSTWO(...)”. Gdyby nie to, że temat jest ciekawy, to bym wiadomość zignorowała, bo nie lubię, jak ktoś czegoś ode mnie chce, a nie chce mu się zajrzeć do informacji, czy Konna jest prowadzona przez Gabę (sztuk jeden) czy też może całe stado Gab).
  6. Zakręć się, popytaj znajomych (lub rodziców i znajomych rodziców, zależnie w jakim wieku jesteś), bo przez polecenia i znajomych znajomych będzie najłatwiej kogoś znaleźć.
Na koniec przypomnę historię mojej przyjaciółki, która przez rok czy dwa jeździła na cudzym koniu. Właścicielka nie miała czasu (BTW, stąd historia Łucji, Renaty Koszynieckiej i Chwasta) i znalazła szesnastolatkę z entuzjazmem do objeżdżania konia. Opłacała pensjonat (w końcu to był jej koń), regularne treningi (by koń się rozwijał) i starty w pobliskich zawodach. To dobry przykład, że znalezienie sponsora dla niedoświadczonego początkującego zawodnika na poziomie L (czyli, nie oszukujmy się - początkującym) jest całkowicie możliwe, choć wymaga...
SZCZĘŚCIA - ZNAJOMOŚCI - WIZJI ZYSKU SPONSORA

***
Tekst powstał na podstawie riserczu internetowego, obserwacji znajomych i własnych przemyśleń – sama nigdy nie miałam sponsora sportowego, ani takowego nie szukałam. Uwagi osób, które mają/miały sponsora mile widziane!

wtorek, 10 października 2017

Kiedy koń boi się wchodzić do wody...

Jesień - dobra okazja na odświeżenie dawnego posta o pokonywaniu końskiego lęku przed wodą. Zastrzegam, że jest to post dla średniozaawansowanych - początkujący nie powinni się zabierać za rozwiązywanie problemu, a zaawansowani wiedzą co i jak :)

WDECH-WYDECH
Wiele koni boi się wody i jest to zupełnie naturalne. Nie mamy co się denerwować, kiedy zwierz nie chce przejść przez zwykłą kałużę... my wiemy, że jej głębokość to zaledwie kilka centymetrów, ale koń tego nie wie. Jego lęk jest całkiem uzasadniony, ale wymaga odrobiny skupienia, by zrozumieć ewolucyjny, instynktowny "punk widzenia".

  1. Kałuża może tak naprawdę być zapadniętą, głęboką dziurą. "Ale nie jest!" ciśnie się na usta. Weźcie sobie jednak wyobraźcie, że stoicie nie przed kałużą, ale przed rzeką. Rzeki bardzo często mają wysokie brzegi i od razu głęboką wodę - tutaj już dla człowieka lęk konia powinien być zrozumiały. Dla konia woda to woda i po prostu może być głęboka. Wpadnięcie do głębokiej wody to kłopoty, podpowiada koniom instynkt. Tak działa ewolucja: te z koni, które bezrefleksyjnie podchodziły do wody, miewały w tej wodzie wypadki i nie przekazywały genów. Jasne, że są konie, które od źrebięctwa kochają wodę, poza tym dzikie konie nie stronią od kąpieli. Chodzi o taką refleksyjność: koń ma swoje zwierzęce prawo mieć wątpliwości co do bezpieczeństwa wody. Te wątpliwości usuwa się poprawnym treningiem.
  2. Kałuża to woda z ziemią, a woda z ziemią to błoto. Pół biedy jeśli błoto, gorzej jeśli grzęzawisko, czyli ryzyko kontuzji, utknięcia, a stąd już blisko do bycia zjedzonym przez pumę, wilki, czy co tam zjada konie. Co do podłoża pod wodą koń też ma prawo mieć wątpliwości. (Moja słynna bagienna historia potwierdza, że koń może mieć rację!)
  3. Kałużę można obejść, zaoszczędzając sobie nerwów, nie robiąc hałasu, nie ryzykując. Człowieki to głupie istoty - chcą przez wszystko skakać i przełazić, jakby zupełnie nie kumając, że wystarczy zrobić dwa kroki w bok i po kłopocie.
  4. Niechęć konia do wchodzenia do wody sama w sobie zwykle nie jest fobiczna, ale czasem przeradza się w walkę z jeźdźcem jakby "dla zasady". Tu już nie chodzi o kałużę, tylko o stały, duży konflikt między koniem i jeźdźcem, gdzie koń postrzega jeźdźca jako wroga, przeciwnika. Wydaje się w tym momencie absolutnie logiczne, że jeśli "lider" bez autorytetu każe wejść w podejrzane miejsce, to jego decyzja na bank skończy się katastrofą. Jest absolutnie logiczne, że jeśli wróg każe ci wejść w kałużę, to najpewniej jest to wilczy dół służący do upolowania konia i pożarcia go. Najpewniej człowiek posłuży się rekinami albo potworami. Być może krakenami. Kto wie. Lepiej tam nie wchodzić.
Generalnie jeśli macie źle ustawione relacje z koniem, czy też mówiąc konkretniej jesteście kiepskimi jeźdźcami i jeszcze nie umiecie szkolić konia, to o konflikty bardzo łatwo. Same przyznajcie: te kałuże naprawdę DA SIĘ obejść w większości przypadków! Więc jeźdźcowi też wcale nie chodzi o pokonanie przeszkody, tylko o relację, w której koń słucha się jeźdźca, o to, żeby koń akceptował zjawiska niegroźne, żeby szedł po liniach prostych, nie wygłupiał się i tak dalej. Chodzi w dużej mierze o zasady, a nie o to, że jak koń nie wejdzie do kałuży, to nie wyjedziecie w teren poza stajnię. Nie chodzi o to, że kałuża jest bardzo duża i że często goni was hiszpańska inkwizycja i jeśli zaczniecie objeżdżać kałużę, a oni będą mieli lepiej wyszkolone konie, to szybciej dogonią, więc umiejętność wchodzenia w kałuże przekłada się bezpośrednio na unikanie tortur.

Zazwyczaj chodzi o zasady. Oraz o jakiś mylnie pojmowany honor, upór, stawianie na swoim. "To nie może być tak, że koń odmawia przechodzenia przez kałuże! Nie ruszymy się z tego miejsca dopóki, głupi koniu, nie wleziesz do wody!". To fatalne nastawienie. ŻADNEJ WALKI.

Podoba mi się ta okładka poradnika - "POMÓŻ koniowi, który boi się wody". To, że konie są z natury raczej płochliwe, nie oznacza, że lubią się bać! To super pomysł na zmianę naszego myślenia: pomyśleć o nauce przechodzenia o kałuże jak o POMOCY, a nie szkoleniu, ustalaniu zasad itd. Czasem taka drobna zmiana w naszym myśleniu skutkuje np. większą cierpliwością.

No dobra, to już wiemy, że koń ma prawo nie chcieć wejść do wody, a my nie mamy prawa się wściekać. To teraz ta część, gdzie tłumaczę, co zrobić, by jednak wszedł i żeby się nie wściec.

PRZYPOWIEŚĆ O KONIKACH I INSTRUKTORACH
Jako dwunastolatka jeździłam samodzielnie na dwóch konikach i jeden bał się wody. Wtedy doceniłam magię posiadania instruktora do pomocy. Koń oddany na tydzień w "wodny trening" dalej czuł się niepewnie w wodzie, ale nakłonienie go do wejścia w kałuże było łatwiejsze i na miarę moich nastoletnich małych umiejętności. Młodym jeźdźcom jeżdżącym po wsiach i bez instruktorów może się wydawać, że "nie opłaca się" "inwestować" w instruktora. Że się wyda kupę kasy, a jeszcze będzie zamieszanie, bo trzeba będzie tego konia gdzieś przenieść do innej stajni. Nie, czasem wystarczy nawet jedna sesja z ogarniętym instruktorem, który spojrzy na ciebie i konia, zauważy błędy, wskaże rozwiązania i zaprezentuje co i jak. Dobrze jest się umówić, by było to dłuższe spotkanie, nieograniczone do jednej godziny, tak aby otrzymać wyczerpujący instruktarz. Wiem, że jest dużo osób, które jeżdżą bez instruktorów, nie mają jakiegoś olbrzymiego doświadczenia i bardzo pilnują budżetu, ale lepsza jedna sesja niż żadna!

JAK TO POWINNO WYGLĄDAĆ
Jeśli koń jest młody, a jeździec zaawansowany, to nauka wchodzenia do wody to żadna nauka. Zazwyczaj wygląda to tak, że jest już środek jazdy, koń rozgrzany fizycznie i psychicznie. Jeździec wybiera sobie łatwą przeszkodę wodną, najpierw przodem przechodzi czołowy, spokojny koń. Młody koń jest na pomocach, ale na "otwartych" wodzach, przy wodzie się chwilę waha, ale jeździec nie wywiera większej presji, koń obniża głowę mniej lub bardziej, po sekundzie jeździec daje sygnał, że czas ruszać, koń rusza, trochę spięty, ale wychodzi z wody - i tyle tego przyzwyczajania. Zazwyczaj jest go jeszcze mniej, bo koń został przyuczony do wody na etapie układania jako źrebię czy roczniak oraz późniejszego lonżowania. Jeśli jeździec by podszedł z bojowym nastawieniem i nie było konia przewodnika, a do tego nie pozwoliłby na sekundę oswojenia się, to byłby to dobry punkt do zbudowania przyszłej wodnej fobii i wyuczenia konia, że woda/kałuża to sygnał do walki z jeźdźcem.

Ale ja tu nie o koniach, które już umieją wchodzić albo dopiero się uczą, tylko o takich, co tak nie bardzo chcą.

ŁYDA, RURA DO PRZODU - PRZEPYCHAMY Z RÓŻNYM SKUTKIEM
Czasem udaje się konia przepchnąć przez kałużę mniej lub bardziej na siłę, czyli łyda, bat, dawaj! i do przodu. No cóż, łydka wzmocniona batem i koń postawiony na pomoce to nie jest narzędzie szatana. W tych najlżejszych przypadkach (koń który się tylko trochę boi, taki, co już wielokrotnie wchodził i trochę "przesadza", koń kombinant, co jeźdźca wozi, gdzie tylko chce, koń podważający autorytet, itd.) można sobie pozwolić na takie postępowanie, nie demonizujmy i nie róbmy z jazdy konnej filozofii oderwanej od realiów. Czasem sobie na tę łydę z batem pozwolić można. Ale to ogólnie nie jest zalecany sposób, bo jeśli konflikt jest głębszy, to koń może na te łydę zareagować baranem, wycofaniem oraz głębokim postanowieniem, że do kałuży to może on i wejdzie, ale po ludzkim trupie. Poza tym jeśli się boi, a my dowalimy mu spinę, łydę, bat i okrzyk, to potraktuje to jako spełniające się podejrzenia. Podejrzewał, że kałuża to nic dobrego i ma - dostał kopa i agresywny okrzyk. Znaczy się, kałuże lepiej unikać.

JAK REAGUJĄ JEŹDŹCY?
Rzecz w tym, że gdy koń podchodzi do kałuży, dzieje się zazwyczaj kilka rzeczy. - Koń się boi i nie chce przejść - Jest zaciekawiony, chce rozpoznać sytuację. - Ma swoje zdanie.

Jak na to reagują jeźdźcy? (dotyczy nie tylko kałuż, ale też jezior, sadzawek, rzek itd)
1) PAN I WŁADCA
Widzi kałużę. Bierze konia na mocniejszy kontakt. Trzyma konia na łydkach, w razie czego wesprze łydkę batem i zakrzyknięciem. Czasem działa, czasem nie. Jeśli nie działa, to koń zestresowany nawet nie podejdzie do kałuży i rozpocznie się walka. Najprawdopodobniej zakończona ominięciem kałuży po godzinie starań, albo mniejszym lub większym złamaniem konia (postawieniem go w sytuacji, w którym musi wybierać: wejdzie do potencjalnie niebezpiecznej wody, albo będzie dalej dostawał batem, łydkami itd). Dobry jeździec zbuduje twarde posłuszeństwo, ale podszyte zaufaniem, że to posłuszeństwo popłaca. Zły jeździec zwyczajnie złamie konia.
2) MAM DOBRE INTENCJE
Nie chcę być tym złym, co łydką, batem i krzykiem zmusza konia do wejścia do wody. Wiem, że to dla konia trudne i jestem wyrozumiały. Podjeżdżam więc do kałuży, pozwalam koniowi wyciągnąć szyję i powąchać wodę... i w tym momencie, kiedy tracisz kontakt na wodzy, koń robi w tył zwrot. Po takiej dobroci można przechodzić przez jedną kałużę godzinami.
3) MIKS
Złoty środek "po dobroci" + "ze zdecydowaniem" zazwyczaj daje super rezultaty.

Więc jeszcze raz, co NIE DZIAŁA? (lub działa czasem/trochę?)
- Bat, łyda, krzyk - zazwyczaj powodują bunt, niechęć, walkę, większy strach. Działa "trochę": gdy koń się trochę stara, a jeździec używa trochę łydki i trochę bata. Z wyczuciem.
- Nadzieja, że koń sam przejdzie, jeśli poklepie się go po szyi. Koń nie jest głupi, widzi alternatywne rozwiązania: obejść wodę lub zawrócić. Działa gdy koń zawsze chętnie wchodzi do wody, a wyjątkowo coś mu nie podpasowało, np. zmienił się poziom wody i na chwilę się zaniepokoił. Da mu się chwilę i sam wejdzie.
- Smakołyki - rozciągają szyję. Mogą trochę zachęcić i być środkiem pomocniczym. Ale samo w sobie nie przełamie wielkiego stracha. Działa, gdy koń się tylko trochę boi i gdy jest łasuch :)
- Jeden człek ciągnie, drugi popędza - praca zespołowa jak przy ośle, jedna osoba wchodzi do wody i ciągnie zwierzaka, a druga popędza z brzegu. Na siłę może się uda, ale chyba szybciej będzie już tego konia spychaczem wepchnąć do wody... I nie miej nadziei, że zwierzak prędko polubi wodę.

Kiedy działa "mocna łyda" to zazwyczaj nie działa "mocna łyda" tylko co innego: zdecydowanie jeźdźca, energicznych ruch do przodu, postawienie konia na pomoce. Energia, zdecydowanie i postawienie to standardowy, klasyczny i niezły sposób wprowadzania konia, pod warunkiem, że... nie zatrzyma się przed wodą za nic nie dając się wprowadzić ;)

CO DZIAŁA?
- Cierpliwość. A raczej taki spokój ducha. Co ma być to będzie. Kiedy wlezie to wlezie. Może będzie to za minutę, może dziś się nie uda. Nie patrz na zegarek. To uniwersalna zasada pracy z końmi.
- Dobry wybór miejsca. Zastanów się, od czego zacząć, gdzie jest najlepsze miejsce do ćwiczeń. Nie pchaj na głęboką wodę.
- Wyrozumiałość. Koń wejdzie do jednej kałuży dziesięć razy. Podjedziesz do drugiej kałuży - i już nie wejdzie, bo to inna kałuża. Nie denerwuj się i wyluzuj. Musisz nauczyć konia wchodzić do 10, 20, 50 kałuż i innej wody zanim zacznie uogólniać wodę i zacznie zwierzę zakładać, że "nowa woda" go nie wciągnie.
- Opcja zejścia - ogólnie czasem milej jest wybrać się na osobną sesję kałużowo-wodną obok konia, w wysokich kaloszach, niż w połowie jazdy odkrywać w sobie potrzebę przepchania konia przez wodę. Schodzenie z konia to nie jest przypadłość nawiedzonych naturalsów! Zejście i przeprowadzenie, albo poproszenie innego człowieka, by przeprowadził w ręku, to jeden z najprostszych i najłatwiejszych sposobów!
- Znajdź przewodnika - koń szybciej wejdzie za drugim koniem.
- Przerwy - próby wejścia do wody są dla konia psychicznie wyczerpujące, więc gdy zrobi coś godnego pochwały, oddal się z nim, pojedź dalej. To dla niego nagroda i odpoczynek.
- Przykład - jeśli już stoisz na ziemi, to musisz samemu wejść do wody. Nie unikaj jej za wszelką cenę. Koń dobrze wie, że nie chcesz wejść do wody i wysnuwa swoje wnioski ;)
- Małe kroki - twoim celem jest sprawienie, by koń wszedł do wody? Nie do końca. Celów jest kilka. Podejście blisko wody. Podejście o kroczek bliżej wody niż poprzednio. Zrobienie kolejnego kroczku w stronę wody (każdy krok jest cenny, pamiętaj o tym :). Powąchanie wody. Położenie kopyta na brzegu. Poruszenie kopytem lustra wody. Zanurzenie warg. Jedno kopytko w wodzie. Drugie kopytko w wodzie. Łapiesz o co chodzi. Każdy mały krok to mały sukces. Ciesz się, że wszedł jednym kopytem, nie wściekaj, że pozostałe trzy są wciąż na brzegu ;) (To też dobra rada odnośnie życia...)
-Zakręty - mały trik: jeśli koń robi krok w bok, zazwyczaj też robi tym samym mały krok do przodu. Jeśli więc zwierzak za nic nie chce postawić kopyta w wodzie, można poprosić go o mały kroczek w prawo... a potem w lewo... i znowu w prawo...
- Jedna taktyka - nie zmieniaj taktyki i zamysłu tylko dlatego, że nie działa. Zazwyczaj działa, tylko trzeba stosować konsekwentnie przez pół godziny, a nie trzy minuty.
- Kończ w dobrym momencie - jeśli trafił ci się twardy zawodnik, a do tego sama nie masz doświadczenia w nakłanianiu konia do wchodzenia do wody, nie zmuszaj siebie i konia do realizacji planu "dziś wleziemy w największą wodę". Równie dobrze możesz zakończyć tego dnia na etapie powąchania wody. To już coś :)
- Postawienie na pomoce.
- Kontakt - siedząc na koniu trzeba pozwolić mu się schylić, przyjrzeć się wodzie, chlapnąć kopytkiem, zmącić pyskiem. Jednak niech tego koń nie wykorzysta do odwrotu. Pozwól na schylenie, ale w niewielkim stopniu wydłużaj wodze, zachowaj czujny dosiad, wyciągnij ręce w dół i do przodu. Jeśli koń postanowi zawrócić, szybki powrót do kontaktu nie będzie problemem. Poza tym przy takich sytuacjach utrzymuje się raczej szersze ustawienie dłoni. Można powiedzieć, że to taki "otwarty" kontakt, "otwarte" wodze, które sugerują koniowi, że jak zechce, to może wyciągnąć głowę i dotknąć lustra wody, nie blokują go, ale jednocześnie dają sygnał, że jeździec jest ze swoimi dłońmi obecny.
- Lonżowanie - jeśli kałuże są na ujeżdżalni, a koń umie chodzić na lonży (a nie że tylko bezmyślnie lata w kółko ledwo reagując na głos), to wystarczy odbyć kilka sesji pośród kałuż. Nie skupiamy się na kałużach. Po prostu trochę zmieniamy swoje położenie, zbliżając okrąg ruchu konia do wody, oddalając się itd. Nadarzy się wiele okazji, by koń niechcący dotknął kopytkiem wody, a stąd już bliska droga do dzielnego ignorowania wody!

Nie funduj koniowi takich przykrości jak:
- Wejście do lodowanej i głębokiej wody. Im niższa temperatura powietrza, tym płytsza woda do której wchodzimy, OK? Jesienią jest pora na naukę wchodzenia do kałuż, nie jeziora.
- Wpadnięcie do wody przez wpychanie konia na bardzo ostry spadek.
- Dno pełne kamulców, po których koń się ślizga.
- Przejście przez kałużę na kocich łbach, z kamieniami, puszką, butelką, śmieciami, albo teren podmokły.

Dobre miejsca do ćwiczenia wchodzenia do wody:
- myjka i kałuża po kąpieli (jesienią już za późno na outdoorowe kąpiele)
- płytkie i olbrzymie błotno-wodne kałuże na ujeżdżalni (gdy sie nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma - zły drenaż ujeżdżalni miewa swoje zalety. Nędzne, ale jednak)
- dwie połączone kałuże (takie jak cyferka 8 albo oo - przechodzisz w najwęższym miejscu)
- jeziora o łagodnym zboczu, o piaszczystej plaży, spokojnej tafli.

Fajne są takie kałuże, co się połączyły dwie. To znaczy są dwie kałuże obok siebie i cienka warstwa suchego gruntu między nimi, albo tylko trochę połączone cienkim pasem wody. To w zasadzie najlepsza okazja, by w terenie ćwiczyć wchodzenie do kałuż. Jak jadę na koniu, o którym wiem, że nie kocha wody, to nie próbuję wpychać go w kałuże okrągłe, tylko czekam aż pojawi się taka z "lejkiem" albo "wałem".

W takich miejscach unikniemy walki, nawet gdy nasze umiejętności są niewielkie :)

Jeśli koń się boi wody, a nie mam dostępu do któregoś z powyższych, nawet nie próbuję nakłonić konia do wejścia. Szkoda nerwów moich i konia. Zaklinaczem nie będę, a jak słusznie zauważają konie - każdą wodę da się obejść... I czasem warto się z nimi zgodzić i nie psuć sobie krwi ;)

BHP NA PEGAZACH
Uważaj. Koń pokonując wodę może chcieć ją przeskoczyć. Dotyczy zarówno małych kałuż jak i tak wielkich, że przeskoczenie nie byłoby możliwe - mimo to niektóre konie podejmują próbę.

W ZASADZIE... PO CO? ;)
I ostatnia sprawa. Jeśli twój koń za nic nie chce wchodzić do wody i nie umiesz sobie z tym poradzić, to może warto po prostu odpuścić? Kałużowe konflikty między koniem a jeźdźcem potrafią być naprawdę poważne i naprawdę nie warto wchodzić w kłótnię, której nie mamy prawa wygrać, skoro nie mamy umiejętności. Lepiej jest nie prowokować takich sytuacji i ładnie na pomocach przeprowadzać konia obok kałuży, udając, że to jest dokładnie to, o co nam chodziło, nigdy do żadnej kałuży nie chcieliśmy wchodzić. Lepiej jest nie podważać własnego autorytetu, jeśli jest niewielki! Może znajdziesz instruktora, który ci pomoże, może wyślesz konia na takie praktyczne terenowo-krosowe szkolenie, może za rok nabierzesz takiego wyczucia i wprawy, że problem rozwiążesz, a może po jakimś czasie koń zapomni, niechęć się zatrze. Jeśli jeździsz sama w tereny, to może coś się zmieni i zaczniesz jeździć z dobrym czołowym. Czasem lepiej jest po prostu odpuścić.

To tyle. Miłego babrania się w błocie!

PS. Poznałam na studiach taką dziewczynę, która w rodzinnym gospodarstwie miała kobyłkę do woza. Mówiła, że jak spadnie deszcz, to nie oprzęgają konia. Bo jeśli natrafią na kałużę na wąskiej drodze, to koń nie przejdzie. Jeśli nie będzie się dało wykręcić, to trzeba będzie cofać konia z bryczką aż do jakiegoś skrzyżowania, żeby wykręcić. Niesamowite do jakiego poziomu może dojść końska niechęć do wody - ale jest ona w dużej mierze wyuczona... a więc i oduczalna ;)

piątek, 29 września 2017

KC jeszcze nie jest na swojej właściwej domenie konnacafe.pl bo nie ja jestem właścicielką domeny. A właściciel jest na wakacjach ;) Więc sobie jeszcze chwilkę poczekam na bloga o normalnym adresie, bez tego wieśniackiego "blogspot" w środku.
***

Znacie to cudowne uczucie, kiedy na nic się nie ma czasu i macie tak dużo do zrobienia?
Do poprawki: Znacie to OKROPNE uczucie?
No więc ja wybieram opcję numer jeden i doświadczam teraz CUDOWNEGO uczucia.

Ogólnie to siedzę przed kompem całymi dniami i nocami, więc niby się nic nie zmieniło, a jednak. Dużo się dzieje.

#Luzaczka jest oficjalnie wydrukowana! Stoi w wielkich pudłach i czeka na rozpakowanie. Gdyby nie to, że przebywam daleko poza domem, przyśpieszyłabym premierę #Luzaczka.i, skoro już FIZYCZNIE JEST. Gdy wrócę do domu, to rozważę wcześniejszą wysyłkę i przyśpieszenie premiery. Ucierpi na tym profesjonalizm (przesuwanie daty premiery?! kto to słyszał!) ale hej! ja NIGDZIE nie mówiłam, że jestem w czymkolwiek profesjonalistką ;)

#Luzaczka zmusiła mnie do nauki wielu technicznych i księgowych umiejętności. Do tej pory wszystkie płatności były przepuszczane przez inną firmę, od niedawna jest to firma TŻ. Więc teraz piszę ten post jako przerwę od wystawiania pietryliarda faktur. To fajna praca. Każda jedna faktura to jak olbrzymi LIKE, to jak niebieska łapa wielkości ziemskiego globu, trzymająca transparent: "ufam ci, żeś odwaliła robotę godną zapłaty". Każda przedpremierowo sprzedana książka to z jednej strony powoli spłacająca się pożyczka zaciągnięta na wydruk, a z drugiej strony taki właśnie superpozytywny komunikat, że gdzieś tam, pod tymi różnymi adresami na fakturach, są realni ludzie, którzy lubią mojego niechlujnego bloga. FAJNIE.

Poza tym ja strasznie lubię wypełniać rubryczki. Kilka lat temu miałam praktyki w PZJ. Przez miesiąc wprowadziłam dane setek osób zdających Odznaki Jeździeckie. To był błogi miesiąc. Kocham tabelki.

Robię sobie też przerwę od robienia transkrypcji wywiadów z emigrującymi Romami. Dobrze, że transkrypcje można robić wszędzie, bo aktualnie opiekuję się hotelem dla psów, a to takie miejsce, gdzie nie każdą pracę da się pogodzić ;)

Od następnego tygodnia będę szukać sobie w okolicy pracy. Mam bardzo konkretne wymagania co do niej i na szczęście wpisują się one w najłatwiej dostępne stanowsiak. Ma nie być mentalnie wyczerpująca, tak abym po jej odbębnieniu mogła usiąść do komputera i działać. Ma być blisko. Ma być na pół etatu. Ma nie mieć związku z pisaniem, końmi, pszczołami, social media i ma nie być przy komputerze, a najlepiej gdyby było po nocy, bo ja po godzinie 13-stej nie potrafię wykonywać umysłowej pracy, a tylko fizyczną. Tak, to będzie koniec świata, jeśli mnie nie przyjmą do Lidla ;)

Konieczność zdobycia stałego dochodu (bo ogólnie jestem freelancerką i stały dochód to ostatnia rzecz, która może spotkać freelancera) została podyktowana dwoma rzeczami. Kilka dni temu Adam zadzwonił, że znalazł sobie bardzo fajny kurs muzyczny menedżerski (kilka stów miesięcznie w plecy). To finansowy gwóźdź do trumny (bardzo potrzebny i cenny gwóźdź, ale dalej gwóźdź) naszego domowego budżetu, który i tak być może od połowy października zostanie ostro nadszarpnięty przez to, że... wracam na STUDIA. Za tydzień, 7 października, mam rozmowę kwalifikacyjną na Studia Literacko-Artystyczne w Krakowie. No cóż, jestem ostatnią osobą, która myślała, że wrócę na studia ;) Ale jeszcze zobaczymy, bo najpierw muszę się dostać. Ale jeśli się dostanę, to gwarantuję Wam - #Luzaczka będzie mieć kontynuację, ale dłuższą, bogatszą językowo i jeszcze lepiej skonstruowaną :)

Powolutku klaruje się pomysł zrobienia zbiorowego spotkania autorskiego na Cavalliadzie, z inicjatywy Ewy Szadyn (znanej m.in. z przygód młodej Stefci). Dzielę się tym cichutko, bo #Luzaczka jeszcze nie miała premiery i może świat uzna, że to doskonała podpałka do kominka i wtedy raczej nie będzie mowy o spotkaniach autorskich. Ale na razie się chwalę, bo jeśli by się udało, to byłoby świetnie, nie? Mogłabym wreszcie poznać części z Was w realu :)

Planowałam, by w następnym tygodniu pojechać do Kafla. Chciałabym utrzymać częstotliwość wizyt chociaż raz w miesiącu. Ale niestety z kasą krucho. Wolałabym jechać swoim autem, to jest jakieś 180 zł. Chętnie biorę blablacarowiczów, ale mało kto jeździ w środku tygodnia z Warszawy na ostatnie mazurskie zadupie. I jeszcze jesienią. Blabla jest prostym rozwiązaniem, ale przy lipcowym wyjeździe piątek-niedziela ;) A ja strasznie tęsknię za Kaflem!

A poza tym myślałam, że podczas tego tygodnia w hotelu uda mi się zrobić dwie rzeczy: zrobić Adamowi płytki cd (złożyć okładki i zamówić opakowania) oraz dokończyć ilustracje do "Ciuchów jeździeckich" / "Szafy koniarza" (jeszcze nie ma tytułu). Miał być kwartalnik zeszytów tematycznych, ale jedną "Szafę" robimy z Olą już od ponad roku, więc nie mam pewności, czy to tempo podchodzi pod kwartalnik xd.

Robienie ilustracji jest świetne. Kocham mazaki (OK, OK, promarkery...). Rysowanie nimi to najsuperowsza praca pod słońcem.

To tyle. Zamieszczam kilka moich bazgrołów z zeszytu do polskiego z PIERWSZEJ LICEUM. Żeby nie było, że mało końsko xd


piątek, 15 września 2017

8 Wielkich Jeździeckich Przygód

Podczas przenoszenia artykułów, wpisów oraz archiwalnych numerów gazetki, uderzyło mnie, że ja jednak przy tych koniach w swoim nie tak długim życiu trochę zrobiłam. Zebrało mi się na wspominki - i oto wysmarowałam dla Was 8 Największych Jeździeckich Przygód.

1. WIELKIE ODKRYCIE I PIERWSZE RAZY
W grudniu kończę 26 lat. Napisane na blogu wygląda to absurdalnie, bo dobrze pamiętam, jak się dawniej przedstawiałam w internecie "jestem FITF i mam 14 lat" (trochę jak z tej reklamy o pedofilach, nie?). To podeszły wiek, w którym bardzo dosadnie widzi się, że "pierwsze razy" i "dzieciństwo" się nie powtórzą. Nawet jeśli będę próbowała coś naśladować, bo mi się zbierze na sentymenty, to nie wywoła to tych samych uczuć i nie zdubluje wspomnień. Pierwsze jazdy na koniu, pierwszy galop, pierwszy skok, pierwszy teren, pierwszy pokaz, pierwszy obóz, pierwsze upadki... To wszystko miało smak przygody życia, wydarzenia na miarę noblowskich odkryć i złotych medali igrzysk olimpijskich. Nie ma znaczenia, że są to wspomnienia u wszystkich jeźdźców mniej-więcej podobne. Były wielką przygodą i na pewno nie tylko dla mnie.

Tych uczuć i emocji nie da się już powtórzyć - chyba że znowu się będzie miało kilka lat i znów będzie się wszystko robiło pierwszy raz...


2. KONIKI
Gdy miałam jedenaście lat, dostałam od taty autobiografię Monty'ego Robertsa z opisem join-up, które to dla jedenastolatki było po prostu MAGIĄ (a ja byłam wtedy bardzo into Harry Potter, Narnia i inne takie i byłam bardzo łasa na magię, przygody, więzi, ukryte światy i głębsze sensy). Join up było magią, która była na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko... ma się dostęp do konia, i to był problem. Jeździłam wtedy w pony klubie pod Warszawą, na rekreacyjno-sportowych hucułach i wierzcie mi, choć był tam okrąglak, to nie było miejsca dla walniętej jedenastolatki chcącej eksperymentować z instrukcjami z autobiografii amerykańskiego podstarzałego kowboja. Do tego klimat w stajni był szportawy. Nie mogłam bawić się w magię.
W każdym razie kilka miesięcy później, a przez "kilka" mam na myśli dosłownie jeden, dwa czy trzy, mój wuj kupił dwa koniki polskie, Pliszkę i Czajkę, przy czym Pliszka jest w rodzinie do dziś. Przy pierwszym spotkaniu z konikami przekonałam się, że magia w istocie istnieje. Tak zaczął się mój nastoletni flirt z naturalem, seria idiotycznych wydarzeń, uczenia się na błędach i kopalnia anegdot, bo widzicie... koniki były młode, nieujeżdżone, a ja miałam jedenaście lat. Do koników, a tak naprawdę do mojej rodziny, dojeżdżałam sześćdziesiąt kilometrów pociągiem, sama, co weekend, niezależnie od pogody i pory roku i tak przez dobre trzy lata. Gdy sobie o tym pomyślę z perspektywy czasu, to chyba największą wartością wcale nie były te szczeniackie jeździeckie doświadczenia, tylko to, że bardzo przywiązałam się do tej nieco oddalonej części rodziny. Wiecie, rodzina to rodzina, ale czym innym jest rodzina, którą się widuje dwa razy do roku, a co innego rodzina, u której się bywa co tydzień.

Pliszka i dwunastoletnia ja. To mi przypomina, że syntetyczne siodło za 800 zł kupione na chybił trafił piętnaście lat temu było zadziwiająco trafnym zakupem. Tylko już nie pasuje na Pliszkę, która się roztyła.


3. KAFEL
Zabawa z dojazdami trwała trzy lata i pierwsi z tej zabawy odpadli rodzice. Skoro żyć bez koni nie mogę, to już lepiej, bym jednego miała bliżej i tak daleko nie dojeżdżała. Kupili mi konia, którego sobie sama wybrałam. Jak dziś pamiętam to moje silne postanowienie, że nie będę jak idiotyczna nastolatka kupować konia sercem i okiem. Nie, ja jestem POWAŻNA BLOGERKA i PRZYSZŁA WIELKA TRENERKA i ja WIEM RZECZY i podejdę do tematu rozsądnie. Wybiorę ujeżdżonego konia w wieku 6-10 lat, z którym będę mogła się wspólnie rozwijać, ale który będzie mnie mógł sporo nauczyć. Klacz, bo z klaczami miałam dużo do czynienia; wielkopolską, żeby była duża i wszechstronna, a tym samym rokowała na przyszłość.
Kupiłam sobie trzyletniego nieujeżdżonego arabka, pierwszego konia jakiego oglądałam, bo się na mnie ładnie spojrzał, a potem kłusował z zadartą kitą.
Kafel to moja druga największa przygoda życia. Jeszcze do jakiegoś czasu był pierwszą największą przygodą życia, ale Kafla zdetronizował Mąż.

Kafel może nie był do końca racjonalnym zakupem, ale ostatecznie wszyscy przetrwaliśmy tę decyzję i jej konsekwencje ;)

4. MAZURY
Koniki poszły w odstawkę i wuj wywalił je do gospodarstwa na Mazurach, tym samym rozpoczynając mój i moich przyjaciółek coroczny wakacyjny exodus. Odkrywałyśmy ścieżki, penetrowałyśmy lasy, pluskałyśmy się w jeziorach i hasałyśmy po polach bez instruktorów, dorosłych, nadzoru, a także bez kasków, kamizelek, siodeł, a wielokrotnie też bez ogłowi i staników. To było jak przygodowa książka młodzieżowa, tylko że wydarzało się naprawdę.
Gdy będę umierającą staruszką, będę pogodzona ze swoim końcem. Będę wiedziała, że miałam kupę dobrego życia, w których zaliczyłam masę młodzieńczych przygód - w tym miejscu mam na myśli koniki i mazurskie wypady z przyjaciółmi.

Wspaniały świat, do którego ciągnie mnie każdego dnia...


5. INSTRUOWANIE
Gdy miałam piętnaście-szesnaście lat, osiągałam szczyty zarozumialstwa i przekonania o swojej jeździeckiej nieomylności. Pomijając zarozumiałość, to coś tam już wiedziałam i trafiłam na zaszczytną listę "dziewczynek stajennych, które prowadzą lonże i czasem jazdy, gdy instruktorkom się nie chce". Z jednego punktu widzenia było to nielegalne, niebezpieczne i nie fair wobec klientów, ale z drugiego uważam, że takie "harcerskie" podejście do szkolenia i "dzieci uczą dzieci" wcale nie jest takie złe. To cholernie cenne doświadczenia.
A potem oczywiście zrobiłam papiery i prowadziłam już jazdy jako pełnoprawny instruktor w różnych miejscach, także na wspomnianych Mazurach. Kurcze, co mam mówić. Bycie instruktorem jest świetne. Do czasu, kiedy nie leje (a nie masz hali) i nie ma -20 stopni.

Szesnastoletnia ja ucząca brata ciotecznego na słynnych Mazurach i równie słynnej Czajce :)


6. KONNA CAFE - e-magazyn
Jako legitna koniara poszłam na zootechnikę. Zawsze chciałam pisać i ciągnęło mnie w stronę klawiatury, ale umiejętność pisania, a wiedza o czym się pisze, to dwie różne rzeczy i postanowiłam zdobyć wiedzę fachową. Na studiach sobie jednak wymyśliłam, że przerobię stronę blogową KonnaCafe na magazyn internetowy, żeby się samej pobawić i pouczyć wszystkiego, co ma związek z wydawaniem, redakcją, dziennikarstwem, grafiką i innymi takimi. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Do dziś nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem pociągnęłam temat przez całe dwa lata. I wiecie co? Cały czas mam poczucie, że to przygoda, która jeszcze się nie zakończyła.

Trzeba być albo dostatecznie dzieciakiem (by błędy i trudności rozwiązywać poprzez ich ignorowanie), albo dostatecznie dorosłym (by nie popełniać błędów), żeby porwać się na robienie gazetki :P (ja byłam punkt pierwszy).


7. KOŃ ZEBRANY, ZAKLEPANY!
Na studiach poznałam Kasię Królak, ambitną instruktorkę z koniem na sznurkach. Zgadałyśmy się i w zasadzie w dwa tygodnie napisałyśmy zbiór zadań teoretycznych ("Koń Zebrany w zadaniach"; koniec końców cała realizacja zajęła dobre kilka miesięcy). Nie zapomnę płaczu, gdy pierwszy raz nacięłam się na zjawisko piractwa. Nie zapomnę re-volty, gdzie jakieś babska wypisywały mi wprost i bez wstydu, że materiały edukacyjne można sobie kserować i że jak zechcą, to skserują 1000 razy (czy coś w tym rodzaju). Nie zapomnę też wycieczki do PZJ-tu, by przedstawić swój produkt i nie zapomnę bycia totalnie zlaną i zignorowaną. Nie zapomnę p. Pruchniewicza proponującego wydanie i tak już wydanej i docenionej książki, z tego co pamiętam na zasadzie "będzie do portfolio". Żeby nie było, nie mam nic przeciwko tej postaci, jest ważna i dużo wniosła i wie milion razy więcej ode mnie. Ale sami przyznacie, jakiego można było dostać wkurwa, szczególnie gdy mówimy o swoim pierwszym Dziele, swoim Dziecku i do tego na serio bardzo potrzebnym polskiej rekreacji i to jeszcze coś takiego od osoby, którą się szanuje. Dodam, że nie było to tak dawno temu, ale te kilka lat naprawdę robiło różnicę w odporności psychicznej na różne zjawiska, które teraz są dla mnie bardziej zrozumiałe i podchodzę do nich spokojniej.
Ale przede wszystkim pamiętam tę HIPERCIEPŁĄ ODPOWIEDŹ ŚRODOWISKA JEŹDZIECKIEGO. Po prostu ekstra jest wypuścić produkt, który jest przydatny i cieszy nabywców. Zabrzmi to banalnie, ale właśnie Wasza ciepła odpowiedź jest dla mnie największą zapłatą za trud włożony w przygotowanie zbioru. (>wzruszająca muzyka w tle<). Ja jestem bardzo wrażliwa na opinię. Przy negatywnej marnieję, przy pozytywnej rozwijam skrzydła i reakcja koniarzy na Konia Zebranego naprawdę rozwinęła te skrzydła. No, była przygoda.
Na fali wypuściłam Zaklepanego!, skupionego wokół zagadnienia zakupu i posiadania konia. Komputer mam zawalony różnymi projektami. Tematy na zbiory zadań jeszcze się nie skończyły!

Koń Zebrany to wielkie życiowe osiągnięcie. Niby nic, a jednak!


8. #LUZACZKA
Absolutnie Wielka Przygoda, która się zaczęła... w zasadzie dopiero startuje. Serce mi rośnie i nie mogę się doczekać, aż książka trafi w Wasze ręce. Wiem, że się spodoba, bo każdy, kto do tej pory czytał, reagował superpozytywnie. Nie, to nie jest wielka literatura i Nike za to nie dostanę. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że lekka lektura, która wywołuje banana na twarzy i poprawia nastrój na ho ho ho, tak długo. A ja naprawdę lubię, gdy ludzie mają dobry humor :)


#Luzaczka.ę przed premierą należy sprawdzić w każdych warunkach, np. czy nadaje się jako lektura do pociągu? (Odp: tak)

środa, 13 września 2017

Dziewczyna konna

Dziewczyna konna to dość specyficzny rodzaj dziewczęcia. Każda z nas się oczywiście różni od drugiej, ale wszystkie mamy specyficzne podejście do gnoju i pracy fizycznej. Niejedna miała przyjemność uczestniczyć w wachtach, na których za sprzątanie boksów dostawała lekcję jazdy. To oznaczało zwykle odciski na dłoniach od trzymania wideł oraz dodatkowe między palcami od trzymania wodzy.

Fascynującym przeżyciem jest uczestnictwo w załadunku siana na przyczepę, co zwykle zbiera bogate żniwo w postaci zagrypionych dziewcząt z zapaleniem płuc i atakami alergii. Nie przeszkadza to w jeździe, oczywiście.

Dziewczyna konna przyprowadza chłopaka do stajni. Z rozmachem wciska się między dwa końskie zady, co zwykle nie zachwyca wybranka, przerażonego wizją skopania swojej dziewczyny.

Dziewczyna konna waży pięćdziesiąt kilo, a koń którego prowadzi pięćset. A zapytana przez rodzinę, czy się nie boi, że koń jej coś zrobi, odpowiada, że nie. Przecież ten koń jest MAŁY. Po czym zaraz przyprowadza takiego co waży tonę. Wskazuje na niego i stwierdza, że faktycznie, tego by się mogła bać, ale on jest przecież łagodny. Rodzina patrzy na kopyto wielkości talerza i łeb większy od córki.

Dziewczyna konna nie raz zleci z konia. Jeśli ma szczęście, pozostanie dalej dziewczyną konną, a nie dziewczyną na wózku. Zapewne zaraz wsiądzie z powrotem, albo chociaż rozstępuje konia z ziemi. Dzięki Bogu, nie widzi tego szkolna pielęgniarka, która już by dzwoniła po pogotowie.

Powiedzmy sobie wprost: dziewczyna konna zrywa ze stereotypowym wychowaniem dziewczyny. Uczymy się, że mamy cel do zrealizowania i trzeba go wykonać. Nie oglądamy się na to, co "dziewczynie wypada" lub "nie wypada". Łączymy w sobie kobiecą dbałość o siebie, swój wygląd i bezpieczeństwo. Dobrze by było, gdybyśmy dbały o jeździecką etykietę, tworzyły wizerunek amazonki-damy. Z drugiej strony trzeba być silną — psychicznie i fizycznie.

Proponuję, byśmy przyglądały się sobie przebywając z końmi. Jak bardzo zmieniamy się wchodząc do stajni? Czy istnieje rozdźwięk między dziewczyną konną a dziewczyną szkolną? Sama widzę, jaka jest różnica między mną przebywającą z chłopakiem (czuję wtedy zdecydowany przypływ pierdołowatości), w szkole (gdy stronię od wysiłku fizycznego), w stajni (aktywacja duszy chłopa), na koniu (nagłe wyostrzenie zmysłów, koncentracja na sobie i koniu oraz obserwacja całego otoczenia).

Dziewczyna konna jest z pewnością innym rodzajem dziewczęcia. Mieszanka sportu, obecności zwierząt, pracy fizycznej, konieczności kształcenia się teoretycznego, samoświadomości ciała, odpowiedzialności za drugą istotę — ta mieszanka robi swoje.

Rasy, których nie pogłaskasz w realu, a które zna każda szajbnięta sześciolatka

Zgodzicie się, że jedną z pierwszych książek o koniach, jakie dostaje młoda jeździczka, jest atlas ras koni. Taki atlas nic nie wnosi do jeździeckiej edukacji, często przedstawia darmowe lub opłacone milion lat temu reprinty starych zdjęć (aż widać, że skany wydruków) oraz daje poczucie, że Kentucky Saddler to rasa na równi z hucułem, arabem czy wielkopolakiem.

Rasy to rasy i oczywiście nie ma rasy gorszej czy lepszej, wyższej czy niższej. Z tym Kentucky Saddlerem chodzi mi o to, że jak dziewięcioletnia jeździczka pójdzie poszukać stajni do nauki i zwiedzi lokalnych dajmy na to pięć, oglądając przy tym ponad setkę koni, to dam sobie głowę uciąć*, że zobaczy chociaż jednego wielkopolaka, małopolaka, anglika, kucyka o precyzyjnej rasie „kuc” oraz bardzo dużo sp i jeszcze więcej nn; za to nie trafi na żadnego Kentucky Saddlera.

Wspomnienie z dzieciństwa: przeglądam kolejne atlasy ras koni. Umiem już rozpoznawać wszystkie rasy, pod warunkiem, że zobaczę dokładnie to samo zdjęcie. Ustalam: najpiękniejsze są konie rasy Sorraia, bo mają sympatyczne pyski i do twarzy im w tych kantarach, co są w nich przedstawiane.

Weźcie mi wskażcie w Polsce hodowlę koni Sorraia.

Mustang
Król ras Znanych i Nieobecnych. Człowiek może nic nie wiedzieć o koniach, ale może wyduka, że są araby, może coś mu przejdzie przez głowę, że „tarpany” i „te co się ścigają”, ale na 100% wskaże taką rasę jak MUSTANG. Mustang – auto, mustang – zdziczały koń kolonizatorów, mustang – symbol wolności, mustang – pomalowany w „łapki” i dosiadany przez dzielnych Indian, mustang – synonim słowa „koń”. Cechami rasowymi mustangów są zadrapania, wytarta grzywa, stawanie dęba i przebywanie na tle stepów z górami w tle. Ewentualnie galopowanie wśród dziesiątków innych koni po spalonej słońcem trawie. Jeśli go osiodłasz, automatycznie zamienia się w nietypowego (bo bez wielkiego dupska) AQH, a jeśli przystosujesz do skoków, ujeżdżenia lub zaprzęgów, to jego pochodzenie staje pod wielkim znakiem zapytania.
A teraz całkiem na serio: Mustang to rasa zdziczała, powstała samorzutnie. Sama jej nazwa oznacza tyle co „dziki, bez właściciela”. Rasa-worek, typ konia, na którego składa się przede wszystkim pochodzenie. Jako rasa mają oczywiście pewne cechy wspólne (choć raczej się o nich w tej kategorii nie myśli, to są to większe kuce). Są w USA kontrowersyjną rasą, bo nie dla wszystkich jest jasne, czy należy je traktować jako zwierzęta rodzime, czy introdukowane (to znaczy mustangi SĄ introdukowane, ALE: 1. było to dawno, 2. Amerykanie się do nich przywiązali 3. przed mustangami w Ameryce były dawniej konie).
Jeśli chcesz mieć w Polsce mustanga, to: nawiąż kontakt z którąś z organizacji zajmującą się adopcją mustangów, odwiedź USA, zaadoptuj konia i przetransportuj do samolotem do UE, a potem transportem naziemnych do PL. Przykro mi, ale w Polsce hodowli mustangów nie ma. Sam mustang kosztuje niewiele. Kosztuje fanaberia, jaką jest sprowadzenie sobie na podwórko amerykańskiego NN. Taniej jest kupić sobie brzydkiego większego kuca, nie obcinać mu przez jakiś czas grzywy i zrobić mu fałszywą tabliczkę z adnotacją, że jest amerykańskiej rasy. Polecam.


Cechą charakterystyczną mustangów jest step w tle.


Appaloosa, palomino i pinto
Pragnienie posiadania któregokolwiek z tych koni jest dla mnie jednoznaczne z „chcę konia tarantowatego, izabelowatego albo srokatego, i żeby wydać pietryliard pieniędzy, aby był rodem z USA, a nie od handlarza z miasta obok i żeby się nazywał appaloosa a nie małopolski. Czemu tak? Bo appaloosa miał fajny opis w atlasie i ładne zdjęcie, a poza tym jeszcze nie do końca kumam o co chodzi z tymi maściami i rasami”.


Appaloosa to dla mnie b. problematyczna rasa. Nigdy nie wiem, czy to jest apallosa, apalloosa, apalosa, appalossa... 

Camargue
Jeśli mieć camargue, to najlepiej kilka i to w zestawie z latającym Lorenzo. Srsly, jeśli tak bardzo potrzebujemy mieć „dzikiego” konia, to kupmy sobie coś rodem z Popielna. A jeśli tak bardzo chcemy mieć dzikiego i SIWEGO małego konia, to po prostu kupmy sobie małego, siwego konia, a następnie go nie układajmy i nie szkolmy przez kilka lat. Wypuśćmy z kilkoma innymi na padok jakoś w kwietniu, kiedy topnieją śniegi. Camargue DIY. Nie ma za co.


Porządne kuce camargue występują zawsze w stadzie, zawsze galopują i robią to zawsze przez rozlewiska.

Dartmoor i exmoor
Zawsze się śmiałam z tych wyspiarskich ras koników i kucyków, bo „Anglia” jednoznacznie kojarzy nam się z końmi, trzeba im przyznać, że tradycje mają fiu fiu solidne, ale powiedzmy sobie szczerze – inne kraje też mają kupę ras. Rasy z UK są często bardzo dokładnie omawiane we wszelkiego rodzaju atlasach, bo po prostu atlasy te są robione przez Brytyjczyków, którzy mają hopla na punkcie koni, więc i robią dużo tych atlasów. I mało który atlas wspomni o wszystkich polskich ośmiu rasach (dobrze policzyłam?), a tym bardziej o wszystkich wraz z typami (np. różne typy polskiego zimnokrwistego), a już w ogóle nie znam atlasu ze wszystkimi rasami europejskimi i to dobrze umówionymi (bo obecnie równie ważna co znajomość ras jest znajomość także linii, o typach nie wspominając; współczesny atlas mógłby pokazywać różnice wewnątrzrasowe i tłumaczyć, jakim prawem dany ogier jest tej a nie drugiej rasy i czemu jest dopuszczony do jeszcze trzeciej i czwartej).
Po prostu zaakceptuj, że u nas są hucuły i feliny ;)

Lipican
Zasadniczo możesz sobie takowego kupić, tylko pytanie: po co. To jest rasa-historia, rasa-obraz, rasa-skojarzenia, rasa-klasyczne ujeżdżenie. Rasa znana i nawet nam geograficznie bliska, w końcu do Lipicy nie mamy tak daleko. Dalej mam pytanie: po co? Bo to nie jest tak, że ten koń jest zawsze lśniąco-biały, zawsze w kunsztownym złotym rzędzie, zawsze w kaprioli wśród kolumn i łukowatych stropów,a jak takiego kupisz, to nie dorzucają do kompletu księcia w mundurze. Mało kto pała do tej rasy szczerą, dojrzałą miłością. Zazwyczaj podoba się... obrazek.


Mało kto o tym wie, ale ten pan po lewej nie występuje w zestawie z koniem :(
Jeśli chcesz podobnego konia, to postępuj jak z instrukcji o camargue, tylko z punktu "nie wychowuj i nie trenuj przez kilka lat" usuń "nie".


Falabella
Falabella, czyli najmniejsza rasa świata. Brzmi charakterystycznie, ale to nie jest tak, że w Polsce ta rasa jest łatwodostępna. Tak, mamy przedstawicieli rasy, tak, mamy krzyżówki międzyrasowe i nierasowe oraz tak, mamy bardzo dużo małych tyci tyci ślicznych kucysiów. Ale nie każdy mały tyci tyci kucyś jest falabellą i nie jest tak, że oprócz falabelli nie ma małych koników. Koniec końców, jeśli bardzo potrzebujesz mieć tyci tyci kucysia, to po prostu rozejrzyj się za maleńkimi kucysiami, ale niekoniecznie za przedstawicielem tej rasy, bo może być niepotrzebnie trudno.


Falabella? Nieeee. Po prostu mały szetland ;)


Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko powyższym rasom oraz ich nabywaniu. Jeśli się uprzesz i sobie jakiegoś sprawisz, albo nawet założysz hodowle przystępując do oficjalnego programu hodowlanego, spoczko, good for you. Ale nie o tym ten tekst, by spełniać swe marzenia, tylko o marzeniach troszkę naiwnych, troszkę nieobytych, bo wynikających z przeglądania atlasów ras koni w oderwaniu od realiów.

______________
*tak naprawdę to nie. Nic mi nie ucinajcie, błagam.